
Dość krzywdy dzieci!
Żądamy dymisji Rzecznika Praw Dziecka! Trzylatek i czterolatek wyrwani z domu i umieszczeni w placówce. Sąd kazał ich oddać rodzicom i nazwał działania wobec rodziny „rażąco nieproporcjonalnymi”, mogącymi nosić znamiona przemocy instytucjonalnej!
Zaczęło się od ulicznej kłótni. Monika Horna-Cieślak zwróciła uwagę matce, ta odpowiedziała jej niekulturalnie. Policja, sąd i kurator nie widzieli podstaw, by odbierać dzieci. Mimo to, według ustaleń Zero.pl, Biuro RPD naciskało na sąd, doszło do nacisków na policję, a dzieci trafiły do placówki.
Czy Rzecznik Praw Dziecka wykorzystała swój urząd do podłej zemsty kosztem dzieci, bo usłyszała epitety na ulicy? To się nie mieści w głowie!
Rzeczniczka była stroną osobistego konfliktu z matką, a jednak jej urząd nie odpuścił. Gdzie bezstronność, do której zobowiązała się w ślubowaniu? Tusk obiecywał Rzecznika, dla którego „dobro dzieci będzie priorytetem”.
Wzywamy posłów na Sejm RP, niezależnie od poglądów i przynależności partyjnej, do podjęcia działań w celu odwołania skompromitowanej Rzecznik Praw Dziecka!
Krzywda dzieci nie ma barw partyjnych. PODPISZ!
Są urzędy, w których błąd kończy się kompromitacją. Są też takie, w których błąd kończy się tym, że trzyletnie dziecko płacze w nocy w obcym łóżku, w obcym budynku, wśród obcych ludzi. Bez mamy i taty.
Urząd Rzecznika Praw Dziecka należy do tej drugiej kategorii.
Dlatego sprawa Moniki Hornej-Cieślak nie jest „niefortunnym incydentem”. To skandal, który zawstydza całe państwo. I nie może skończyć się komunikatem prasowym, wzruszeniem ramion i czekaniem, aż media zajmą się czymś innym.
Może skończyć się tylko jednym: DYMISJĄ!
Zaczęło się od kłótni na ulicy
14 sierpnia, warszawska Białołęka. Rzeczniczka Praw Dziecka widzi matkę, która szarpie kilkuletnie dziecko i na nie krzyczy. Kobieta tłumaczy potem, że dziecko wbiegło na jezdnię, a jej reakcja była reakcją przerażonego rodzica. Rzeczniczka zwraca jej uwagę. Matka odpowiada wulgarnie.
Rzeczniczka zawiadamia policję.
To jeszcze było w porządku. Kto widzi coś, co uznaje za przemoc wobec dziecka, ma obowiązek reagować.
Ale na tym jej rola powinna się skończyć. Zgłoszenie złożone, reszta należy do policji, kuratora i sądu. Tak działa państwo prawa.
Tyle że tu państwo prawa sprawdziło i powiedziało: nie ma podstaw.
Policja nie znalazła podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci. Sąd ich nie odebrał, tylko zarządził pilny wywiad środowiskowy. Kurator następnego dnia również nie stwierdził podstaw do umieszczenia dzieci w pieczy zastępczej.
Trzy niezależne instytucje. Trzy razy ta sama odpowiedź.
Normalny urzędnik przyjąłby to do wiadomości.
Dla Hornej-Cieślak było to najwyraźniej za mało.
Według ustaleń portalu Zero.pl pracownik Biura RPD kontaktował się z sądem i przekonywał do odebrania dzieci. Wywierał bezpardonową presję na niezawisły sąd!
I tu dochodzimy do skandalu, którego nie da się racjonalnie wytłumaczyć:
Monika Horna-Cieślak nie była w tej sprawie bezstronnym urzędnikiem. Była stroną osobistego konfliktu z matką tych dzieci.
Każdy student prawa wie, co w takiej sytuacji robi przyzwoity funkcjonariusz publiczny. Odsuwa się. Wyłącza. Zostawia sprawę innym.
Tutaj stało się dokładnie odwrotnie.
Machina ruszyła
Dochodzi do poufnego spotkania z policją. Komenda Stołeczna Policji sama potwierdziła, że odbyło się spotkanie robocze w tej sprawie, choć kwestionuje część medialnego opisu jego przebiegu.
To w ogóle nie mieści się w katalogu standardowych działań w takich sytuacjach.
Potem wobec rodziców zastosowano środki, w wyniku których ich dzieci, trzy- i czteroletnie, trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej.
Bez decyzji sądu!
Trzy i cztery lata.
Takie dziecko nie wie, co to jest Niebieska Karta. Nie wie, kto to jest kurator. Nie ma pojęcia, jakie kompetencje ma Rzecznik Praw Dziecka.
Wie tylko, że wczoraj była mama, tata, własne łóżko i własny miś. A dziś jest obcy korytarz i obcy dorośli, którzy mówią, że „wszystko będzie dobrze”.
To jest trauma. Trauma, zadana przez państwo. Na życzenie Rzecznika Praw Dziecka.
Jak można tak sponiewierać urząd, który miał być ostatnią deską ratunku dla dzieci?
Sąd nie miał żadnych wątpliwości
Sąd nakazał zwrócić dzieci rodzicom.
Według opublikowanych fragmentów uzasadnienia sąd ocenił zastosowane działania jako „rażąco nieproporcjonalne”, a całokształt postępowania wobec rodziny jako mogący nosić znamiona „przemocy instytucjonalnej”.
Przeczytajmy to jeszcze raz, powoli.
Przemoc instytucjonalna.
W sprawie, w której pierwsze skrzypce grał urząd powołany do tego, by chronić dzieci przed przemocą.
To tak, jakby straż pożarna przyjechała do domu, w którym nic się nie paliło, i sama wywołała pożar.
Autorytet państwa jako narzędzie w prywatnym sporze?
Najgorsze jest jednak coś innego.
Według Zero.pl sąd zwrócił uwagę na osobiste zaangażowanie Rzeczniczki i na możliwość wykorzystania autorytetu jej urzędu do forsowania z góry przyjętej tezy.
Złóżmy tę sekwencję w całość:
Rzeczniczka zwraca kobiecie uwagę. Kobieta ją obraża. Rzeczniczka zgłasza sprawę. Policja, sąd i kurator nie widzą podstaw do odebrania dzieci. Biuro Rzecznika nie odpuszcza. Są telefony, jest spotkanie z policją. Dzieci lądują w placówce. Sąd każe je oddać i mówi o przemocy instytucjonalnej.
Tak wygląda władza bez hamulców: najpierw urażona osobista ambicja, potem telefon, na końcu zemsta i dzieci w placówce.
Czy Rzecznik Praw Dziecka wykorzystała swój urząd do podłej wendetty, bo usłyszała epitety na ulicy?
Nie wiemy, co działo się w głowie Rzeczniczki. Ale Rzeczniczka musi wiedzieć jedno: w demokratycznym państwie to nie obywatel ma udowadniać, że urzędnik nie mścił się za osobistą urazę. To urzędnik ma wykazać, że jego działania były bezstronne. A w tej sprawie cała sekwencja zdarzeń krzyczy, że bezstronności zabrakło.
Za Rzecznikiem Praw Dziecka stoi autorytet Rzeczypospolitej. Telefon z tego urzędu do sądu to nie telefon od sąsiadki. Spotkanie z udziałem tego urzędu to nie pogawędka. Każde słowo z tego biura spada na rodzinę z ciężarem całego państwa.
Ktoś, kto dla urażonej dumy gotów jest uruchomić policję i sąd przeciwko rodzinie, nie ma prawa pilnować praw dzieci. Ani dnia dłużej.
Złamane ślubowanie
Rzecznik Praw Dziecka ślubuje działać bezstronnie, z najwyższą sumiennością i starannością, kierując się dobrem dziecka i dobrem rodziny.
Przyłóżmy tę miarę do tej sytuacji.
Bezstronność? Rzeczniczka była osobiście uwikłana w konflikt, a mimo to jej biuro aktywnie popychało sprawę naprzód.
Najwyższa staranność? Finał został przez sąd określony jako rażąco nieproporcjonalny.
Dobro dziecka? Kilkulatki wyrwane z domu i przewiezione do placówki, a potem zwrócone, bo sąd uznał, że nie było ku temu podstaw.
Dobro rodziny? Tu nie ma nawet czego komentować.
Ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka przewiduje odwołanie Rzecznika, który sprzeniewierzył się złożonemu ślubowaniu. Ten przepis nie został napisany dla ozdoby. Został napisany dokładnie na takie sytuacje.
Najniebezpieczniejsze zdanie w ustach urzędnika brzmi: „robimy to dla dobra dziecka”. Bo pod tym hasłem można zrobić wszystko. I właśnie dlatego urzędnik, który się nim posługuje, musi być rozliczany surowiej niż ktokolwiek inny.
„Dobro dzieci priorytetem”. Tak to miało wyglądać?
Pamiętacie „100 konkretów” Donalda Tuska? Punkt 50. brzmiał jak przysięga: odwołać Mikołaja Pawlaka i powołać na urząd Rzecznika Praw Dziecka osobę, dla której dobro dzieci będzie priorytetem.
Koalicja dotrzymała słowa tylko w połowie. Pawlak odszedł. Na jego miejsce 246 posłów rządzącej większości wybrało Monikę Horną-Cieślak.
A dziś mamy trzylatka i czterolatka wyrwanych z domu, przewiezionych do placówki i zwróconych rodzicom dopiero wtedy, gdy sąd uznał działania wobec ich rodziny za rażąco nieproporcjonalne.
To jest ten priorytet?
Dobro dzieci, które kończy się płaczem w obcym łóżku, w obcym budynku, wśród obcych ludzi?
Politycy KO, kiedy żądali odwołania Pawlaka, przekonywali, że rzecznika ocenia się za całokształt i że nie wolno mu działać tam, gdzie widzi własny interes. Świetnie. Niech teraz przyłożą tę samą miarę do własnej nominatki. Bo jeśli standard obowiązuje tylko wobec przeciwników politycznych, to nie jest standard. To hipokryzja.
Posłowie, czas na Was!
Policja dziś dorzuca „szerszy kontekst”: wcześniejsza procedura Niebieskiej Karty, nadzór sądowy, zaangażowanie innych instytucji…Dobrze. Niech to wszystko zostanie zbadane.
Ale żaden „kontekst” nie zmienia faktu, że sąd już nakazał dzieci oddać i nazwał działania wobec rodziny rażąco nieproporcjonalnymi. Każdy kolejny komunikat, każde kolejne tłumaczenie tylko pokazuje, jak bardzo instytucjom zależy dziś na przykryciu tej sprawy.
Rzecznika Praw Dziecka wybiera Sejm. I tylko Sejm może go odwołać. Dlatego to do posłów kierujemy ten apel.
Wzywamy posłów na Sejm RP, niezależnie od poglądów i przynależności partyjnej, do podjęcia działań w celu odwołania skompromitowanej Rzecznik Praw Dziecka Moniki Hornej-Cieślak!
Krzywda dzieci nie ma barw partyjnych. Trzylatek zabrany z domu nie jest ani z prawicy, ani z lewicy. Jeśli ta sprawa ma stać się kolejną okazją do politycznych przepychanek, w których swoich się broni, a obcych atakuje, to przegrają na tym wszystkie polskie rodziny.
Od posłów oczekujemy:
Po pierwsze: złożenia i poparcia wniosku o odwołanie Moniki Hornej-Cieślak z funkcji Rzecznika Praw Dziecka za sprzeniewierzenie się złożonemu ślubowaniu.
Po drugie: pilnego wezwania Rzeczniczki oraz kierownictwa Komendy Stołecznej Policji przed właściwą komisję sejmową. Publicznie, przed kamerami, z nazwiskami każdego, kto rekomendował, naciskał i decydował.
Po trzecie: wystąpienia o pełne ujawnienie dokumentacji: notatek służbowych, rejestru połączeń i korespondencji Biura RPD z sądem i policją oraz notatki ze spotkania w Komendzie Stołecznej Policji.
Chcemy wiedzieć: kto do kogo dzwonił, kto zwołał spotkanie, kto przekonywał do odebrania dzieci, jakie informacje przekazano policjantom i co dokładnie wydarzyło się między chwilą, gdy sąd i kurator uznali, że dzieci mogą zostać w domu, a chwilą, gdy wywieziono je do placówki.
Panie Posłanki, Panowie Posłowie: to Wy powierzyliście jej ten urząd. To Wy macie obowiązek go jej odebrać.
Rzecznik, przed którym trzeba chronić rodziny
Rzecznik Praw Dziecka ma być urzędem, do którego dziecko biegnie po pomoc. Urzędem, któremu rodzic ufa bez wahania.
To jest test dla państwa. Albo ludzie wyposażeni w ogromną władzę podlegają standardom, które sami głoszą, albo te standardy są pustymi słowami na uroczystości zaprzysiężenia.
Wstyd. Hańba. Dymisja.
Pani Rzecznik, złożyła Pani ślubowanie. Ci, którzy Panią wybrali, obiecywali Polakom, że dobro dzieci będzie priorytetem.
Dzieci z Białołęki zapłaciły za to, że ani jedno, ani drugie nie zostało dotrzymane.
Czas odejść.
PODPISZ APEL!